Moje blade ręce zwinnie przesuwają się po materiale czarnej, wieczorowej sukni. Mama po raz kolejny musiała zostać dłużej w aptece, którą prowadzi, więc to na mnie spadł obowiązek dokończenia zlecenia dla tej ekstrawaganckiej, ale i wymagającej klientki.
Nie żeby jakoś specjalnie mi to przeszkadzało. Lubię szyć, a od czasu kiedy moja mama zaczęła dorabiać w ten sposób, pomagam jej, gdy przyjmie zbyt wiele zamówień.
Mimo hałasu wywoływanego przez maszynę do szycia słyszę trzeszczenie podłogi w korytarzu.
Momentalnie przestaję szyć.
- Wychodzisz gdzieś? - pytam Janka, który dłoń trzyma już na klamce. Odwraca się w moją stronę, jakbym przyłapała go na gorącym uczynku.
A może faktycznie to zrobiłam?
- Idziemy z chłopakami do kina. - jego głos jest jednak spokojny. - Wrócę wieczorem.
- W porządku. W takim razie miłego seansu.
Uśmiecham się do niego, co szybko odwzajemnia i znika za drzwiami.
Odliczam do dziesięciu, po czym zrywam się z miejsca. Wybiegam na klatkę schodową, nie myśląc nawet o zamknięciu mieszkania.
Znam na wylot mojego brata bliźniaka. Mogę mu zaufać w każdej kwestii.
Ale nie tym razem. Bo to byłoby już jego trzecie wyjście do kina w tym tygodniu.
Wypadam na ulicę i rozglądam się gorączkowo. Kątem oka dostrzegam, jak za rogiem znika blond czupryna. Rzucam się w tamtą stronę, po drodze taranując kilka osób, które klną za mną rozeźlone. Jednak ja zwalniam dopiero, gdy odległość od Janka wynosi jakieś 200 metrów.
Kluczymy trochę po uliczkach Warszawy, aż w końcu blond czupryna znika w przejściu na dziedziniec przed kilkoma kamienicami ustawionymi w podkowę. Rozglądam się na boki. Znam to miejsce - mieszka tutaj kolega Janka - Alek.
Chowam się za rogiem pobliskiego sklepu i wpatruję się w przejście. Jednak mijają kolejne minuty, a chłopcy nie wychodzą.
Intuicja mnie nie zawiodła.
Nim zdołam przemyśleć kolejny krok, wchodzę na dziedziniec i zaraz mknę po schodach na drugie piętro kamienicy. Zdecydowanie, ale nie natarczywie pukam do drzwi,
Lecz co ja mam mu dokładnie powiedzieć? Myśl Lena, myśl!
Momentalnie drzwi otwierają się.
- Co ty tu robisz? - Alek jest wyraźnie zaskoczony. Szybko wychodzi na klatkę schodową i zamyka za sobą drzwi.
- Nie myślałam, że cię zastanę. Sądziłam, że poszedłeś do kina z moim bratem.
- Jakoś nie miałem ochoty tym razem. - mówi poddenerwowany, nerwowo rozglądając się po ścianach.
I tu go mam! Alek zdecydowanie nie potrafi kłamać.
- No nic. W zasadzie to lepiej, że jesteś w domu - zaczynam z niewinnym uśmieszkiem na twarzy. - Twoja mama zamówiła dla ciebie nową koszulę, miałam przyjść dzisiaj zdjąć miarę.
- A czy to nie może poczekać?
- Mamy bardzo dużo zamówień, zależy mi na czasie.
- No niech ci będzie - odpowiada i rozkłada ręce na boki.
Mój śmiech niesie się echem po klatce.
- Niby tutaj mam cię mierzyć?
- No tak... W domu mam straszliwy bałagan. - z zakłopotaniem drapie się po głowie.
- Daj spokój, potrzebuję do tego przestrzeni.
Nim zdąży zareagować, napieram na klamkę, otwieram drzwi i dwie sekundy później jestem już w salonie.
Przy dużym, okrągłym stole siedzi kilku chłopaków. Coś robią z bronią, podają sobie jakieś czerwono-białe opaski.
Oczywiście jest wśród nich mój brat.
- Wiedziałam!
Dopiero gdy to mówię, zostaję zauważona. Janek od razu zrywa się ze swojego miejsca.
- Co ty tu robisz !? Śledziłaś mnie!?
- A miałam inne wyjście!? - śmieję się ironicznie.
Pozostali chłopcy bacznie nas obserwują. Pewnie zostali wtajemniczeni w plan ukrywania przede mną całej ich działalności.
Alek podchodzi do mnie i dotyka mojego ramienia.
- Lena, posłuchaj...
- Nie! - przerywam mu i odtrącam jego dłoń. Odskakuje jak poparzony, a ręce unosi w geście kapitulacji.
Wie, że nic już nie zdziała.
Przenoszę wzrok na brata.
- Janek, wychodzimy.
Obracam się na pięcie i wychodzę. Słyszę trzaśnięcie drzwi, więc wiem, że młodszy o 5 minut bliźniak poszedł za mną.
Odzywa się jednak dopiero na ulicy.
- Co to do cholery było!? - wykrzykuje. Nieliczni przechodnie oglądają się na nas.
Odwracam się może zbyt gwałtownie.
- To chyba ja powinnam cię o to zapytać. Janek, rozmawialiśmy o tym przecież tyle razy.
- Ale to powstanie... To już jutro! - zaczyna bronić się niczym małe dziecko.
- I co z tego? - wzdycham. - Powtarzałam ci to wiele razy, ale widzę, że muszę powtórzyć po raz kolejny: to całkowicie poroniony pomysł. Nie możesz tyle ryzykować - mama straciła przez Niemców męża, nie może stracić też syna.
Widzę, że bije się z myślami. Przez jego twarz przebiega tysiąc skrajnych emocji.
Lecz w końcu widzę, jak w jego błękitnej tęczówce gaśnie ten pewien blask i słyszę, jak lekko zrezygnowany mówi:
- No dobrze. Wracajmy do domu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz